(Joanna Solak)

 

Ogłaszając Rok Eucharystii Jan Paweł II pisał w Mane nobiscum, Domine(18):

„W szczególności trzeba pielęgnować, zarówno podczas celebrowania Mszy św., jak i w kulcie eucharystycznym poza Mszą św., żywą świadomość rzeczywistej obecności Chrystusa (...) konieczne jest, aby całej postawie względem Eucharystii, zarówno szafarzy jak i wiernych towarzyszył najwyższy szacunek. Obecność Jezusa ... winna stanowić jakby biegun przyciągania dla coraz większej liczby dusz w Nim zakochanych, zdolnych przez długi czas słuchać Jego głosu i niemal odczuwać bicie Jego serca. "Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan!".

Niech wspólnoty ... podejmą szczególne zobowiązanie do adoracji eucharystycznej poza Mszą św. Pozostawajmy długo na klęczkach przed Jezusem Chrystusem obecnym w Eucharystii, wynagradzając naszą wiarą i miłością zaniedbania, zapomnienie, a nawet zniewagi, jakich nasz Zbawiciel doznaje w tylu miejscach na świecie.

Gdyby owocem tego Roku było ... ożywienie we wszystkich wspólnotach chrześcijańskich .... poświęcenia więcej czasu i uwagi adoracji eucharystycznej poza Mszą świętą, to ten Rok łaski spełniłby pokładane w nim nadzieje. W każdym razie dobrą jest rzeczą mierzyć wysoko, nie zadowalając się miernością, bo wiemy, że zawsze możemy liczyć na pomoc Bożą.

..... pamiętajcie, że Jezus w tabernakulum oczekuje, by napełnić wasze serca tym głębokim doświadczeniem Jego przyjaźni, która jako jedyna może nadać sens i pełnię waszemu życiu. ...” (Mane nobiscum, Domine 29, 30)

  Ojciec Święty zaprasza nas do modlitwy adoracyjnej. Modlitwy trudnej, nieznanej w swej istocie, do której nie bardzo wiemy, jak „podejść”. Osobiście myślę, że przez większość katolików adoracja jest podejmowana z oporami, bo się jej boimy. Boimy się siebie – nie wiemy co ze sobą zrobić, i – choć to brzmi paradoksalnie – boimy się Boga, Jego bliskości nie przesłoniętej rytem liturgii, nie wyciszonej słowem. W monstrancji lub ciszy tabernakulum Bóg domaga się skupienia całej uwagi,  skierowania na Niego wszystkich sił – nie umiemy tego podjąć, i stąd lęk. Bezpośredniość, wyłączność bycia przed Bogiem-Stwórcą wydaje się nie do ogarnięcia przez ludzką drobinę, jaką wobec Niego jesteśmy.

  Papież przypomina: „... tajemnica „realnej” obecności. .... cały Chrystus staje się istotowo obecny w rzeczywistości swego Ciała i Krwi. Dlatego wiara wymaga, byśmy w obliczu Eucharystii mieli świadomość, że stajemy przed samym Chrystusem. ... Eucharystia jest tajemnicą obecności, przez którą spełnia się w najwznioślejszy sposób obietnica Jezusa, że pozostanie z nami aż do skończenia świata.” (Mane nobiscum, Domine 16)

 

Słowo o historii:

  Adoracja – łac. adoratio – błaganie, uwielbienie, cześć boska; adorator – czciciel, wielbiciel. Adorować zatem, to mówiąc najprościej: oddać się uwielbianiu, zaangażować się w uwielbianie Boga, który jako jedyny jest prawdziwie tego uwielbienia godzien.

W pierwotnym Kościele adoracja Najświętszego Sakramentu wyrażała się w godnym i pełnym uczestnictwie w Eucharystii. Wielką czcią otaczano Komunię świętą zanoszoną osobom chorym. Poza tym wierni byli zobowiązani oddawać cześć Eucharystii przed jej przyjęciem przez złożenie rąk i post eucharystyczny.

W późniejszych wiekach, kiedy malała liczba przystępujących do Komunii świętej, zaczęto akcentować moment podniesienia, czyli ukazania konsekrowanej Hostii w czasie Mszy świętej. W wiekach średnich zaczęto wystawiać Najświętszy Sakrament do adoracji oraz noszono go w procesjach. W XI wieku pojawił się zwyczaj przyklękania przed Najświętszym Sakramentem, okadzania go i zapalania przed nim lampki (jednym z promotorów zwyczaju palenia wiecznej lampki jest polski błogosławiony – Wincenty Kadłubek...).

Pierwsze wzmianki o wystawieniach Najświętszego Sakramentu w monstrancji pochodzą z północnych Niemiec z końca XIV wieku. Prawdopodobnie zwyczaj ten wywodzi się z kościołów, w których odmawiano wspólnie brewiarz w uroczystość Bożego Ciała przy wystawionym Najświętszym Sakramencie. Rozkwit kultu adoracji Najświętszego Sakramentu przypada na XV wiek, głównie w Skandynawii, Niemczech i we Włoszech. W okresie baroku budowano okazałe ołtarze, w centrum których znajdowało się tabernakulum oraz specjalne trony do wystawienia Najświętszego Sakramentu.

Na przestrzeni wieków adoracja wystawionego Najświętszego Sakramentu przybierała różne formy. Znane są czterdziestogodzinne nabożeństwa, godziny święte i adoracje wieczyste. W związku z rozwojem tych nabożeństw powstawały różne bractwa, które czuwały, aby modlitwa przed Najświętszym Sakramentem trwała bez przerwy.

Adoracja wieczysta jako nieprzerwanie trwająca cześć wystawionego Najświętszego Sakramentu, narodziła się w katedrze mediolańskiej na początku XVI wieku i stopniowo rozszerzała się na wszystkie kościoły w Mediolanie. Do Rzymu przyniósł ją św. Filip Nereusz w roku 1548, a papież Klemens VIII wprowadził wieczystą adorację do wszystkich kościołów rzymskich. Potem także w innych diecezjach i w innych krajach Europy wyznaczano adorację Najświętszego Sakramentu, tak aby trwała przez cały rok, czyli w sposób ciągły.

W Polsce wieczyste adoracje pojawiły się w końcu XVIII wieku.

 

Czym jest adoracja, jak ją rozumieć? jak przeżywać i praktykować? jak czerpać z niej siły do życia duchowego?

 

  W jednej z pieśni religijnych znalazły się słowa: „Nie zostawię Cię samego / będę ciągle tu wracać / Całym sercem adorować / tracić czas w oczach świata”...

Tracić czas - bo tak to dzisiaj rzeczywiście jest pojmowane. Adorować to oderwać serce od siebie samego, od spraw tego świata, od jego hałasu i zgiełku. A dziś niestety to, co nie jest składaniem siebie w hołdzie sprawom tego świata, co nie jest oddawaniem „cesarzowi tego co cesarskie” – jest często uznawane za bezsensowne, bezwartościowe, bezcelowe...

Ile komentarzy każdy z nas słyszał pod adresem karmelitanek, wizytek, sakramentek, klarysek: że takie zamknięcie się, odcięcie od świata to głupota, że tyle dobrego mogłyby zrobić zamiast nudzić się bezczynnie przed oprawionym w złoto kawałkiem chleba. A jak bardzo kłuje w oczy to nieszczęsne złoto, które też jest przeliczane na kanapki, szklanki mleka, pieluchy... Cywilizacja kalkulatorów, przeliczania wszystkiego na czysty, wymierny zysk...

A przecież jeden Bóg wie, ilu i jakim cichym modlitwom, ilu podjętym ofiarom, ilu zwierzeniom poczynionym Bogu właśnie na adoracji świat zawdzięcza to, że jeszcze w ogóle istnieje, że cierpliwość Ojca nad nami, grzesznikami nadal się rozlewa. To modlitwa – bezinteresowna, cicha, niepozorna mnisza modlitwa – w głównej mierze podtrzymuje świat i powstrzymuje gniew Ojca. Bogu dzięki, że powstają coraz liczniej punkty stałej adoracji na którą to modlitwę coraz więcej osób się „odważa” – a potem, zasmakowawszy w tym jedynym w swoim rodzaju trwaniu przed Chrystusem - już nie umieją i nie chcą z niej zrezygnować.

  We współczesnym podejściu do adoracji jest coś z reakcji tłumów na mowę eucharystyczną Jezusa. Przyjęto ją przecież jako coś gorszącego: trudna jest, któż może jej słuchać. Odwrócili się i odeszli. Zaproszenie do adoracji też jest trudne – któż może na nie odpowiedzieć? A reakcja Jezusa? Tak samo jak i wtedy. Nie biegł za odchodzącymi, nie prosił: zostańcie. Zapytał tylko Apostołów: czy i wy chcecie odejść? Dziś też pozwala się mijać obojętnie, tylko wciąż zaprasza: przyjdź, czekam, jestem samotny bez ciebie. I tak jak w Ewangelii Piotr złożył wyznanie: Panie do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego, tak i my może odkryjemy w sobie udzieloną nam łaskę miłości do utajonego w Przenajświętszym Sakramencie Jezusa. Panie, gdzież pójdziemy? Gdzie znajdziemy tego, kto nas wysłucha i przyjmie takimi jakimi jesteśmy? Ksiądz Jan Twardowski pisał kiedyś, że Bóg jest jedynym, do którego nie trzeba zapisywać się w kolejce, oczekiwać na łaskawą audiencję, składać podań popartych znaczkami skarbowymi – On jest nieustannie do dyspozycji, nieustannie gotowy, by służyć...

Święty Jan Ewangelista zapisał: „Chlebem Bożym jest ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu”... I oto ten CHLEB jest w zasięgu twojej i mojej ręki. W zasięgu ręki, wzroku jest niebo i życie bez dodatkowych warunków. Jedyną „barierą”, „zasłoną” „warunkiem” jest wiara – ale nawet gdy jej brak, gdy jest słaba, gdy jej czegoś niedostaje (a przecież tak jest zawsze – nigdy nie ma w nas wiary doskonałej, perfekcyjnej) adoracja nadal ma swoją nieocenioną rolę do spełnienia: wiara bowiem nie tylko umacnia się podczas adoracji, ona może się tam zrodzić lub odrodzić; bez jakiegokolwiek naszego udziału, byśmy doświadczyli na sobie tej teologicznej prawdy, że wiara jest przede wszystkim łaską, darem darmo danym przez Boga, danym w sposób uprzedzający jakikolwiek nas wysiłek.

Ktoś powiedział, że jest niemożliwe, aby pozostawanie przed Najświętszym Sakramentem pozostało bezowocne, nawet jeżeli odbywa się w największych oschłościach, ciemności czy oziębłości z naszej strony. A to, czy my te owoce w sobie dostrzeżemy, czy nie – to już zupełnie inna historia.

Adoracja to przypomnienie, że życie, cała jego duchowa i wieczna pełnia – że dom Ojca, w którym jest mieszkań wiele – to wszystko jest dla nas dostępne już tu i teraz. Istotą nieba będzie oglądanie Oblicza Bożego – możemy uczestniczyć w tym misterium już teraz.

 „Tego, który do mnie przychodzi precz nie odrzucę” – wystarczy przyjść i ... zostać choć na chwilę.

  Pozostać w orbicie Bożego przyciągania, wobec Boga, który w tej konkretnej chwili przenika i ogarnia swoją miłością. Przypomina się „Trójca Święta” Andrzeja Rublowa. Jest jedno wolne miejsce przy stole, przy którym zasiadają Aniołowie – Osoby Boskie. Miejsce od strony modlącego się przed ikoną i zachęcający gest aniołów, wskazujących na kielich – zapowiedź obietnicy, ofiary, spełnienia SIĘ WSZYSTKIEGO W BOGU.

  To sam Bóg zaprasza człowieka do współudziału z Nim, do życia Jego życiem. W tej perspektywie nabierają nowego wymiaru słowa świętego Pawła, że oto dzięki przybraniu za synów jesteśmy współdziedzicami Chrystusa i mamy mieć z Bogiem wspólną naturę.

Adoracja jest szukaniem tego, co Boskie i jest oddawaniem Bogu na wyłączność siebie, czasu, myśli, serca, pragnień. To dyspozycyjność przed Panem i dla Pana. Mam być „dla” Boga jak On jest dla mnie – tylko tyle, aż tyle... Być dla...., być ze względu na Niego – bo On daje siebie ze względu na mnie.

  Adorować to być i trwać. Święty Jan Maria Vianey zapytał jednego z ubogich wieśniaków w Ars o jego adorację: co robisz, co Mu mówisz? Usłyszał w odpowiedzi: nic nie robię, patrzę na Niego, On patrzy na mnie i tak jest dobrze...

  Być i trwać – wyciszyć wnętrze i oczekiwać na Chrystusa. Adoracja to czas, kiedy nasze serce można porównać do domu, którego drzwi otwarto na oścież, bo oczekuje się w nim Kogoś bardzo drogiego. „Chcę tylko, byś był, nic więcej, tylko byś był – by Twoje skrzydła otuliły mnie .....”

  Kiedy Ojca Świętego Jana Pawła II zapytano, co robi Pan Jezus w najświętszym Sakramencie, odpowiedział jednym słowem: KOCHA. Adorować więc to otwierać się na tę miłość. Pozwolić Bogu, by mnie ogarnął swoją miłością i nawzajem – miłością Mu odpowiedzieć. Ale odpowiedzieć nie słowami – w miłości słowa znaczą bardzo specyficznie, czasem są najmniej ważne bo - jak czytaliśmy w „Małym Księciu” -  najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, ukryte w głębi serca, poza i ponad słowami, w uśmiechu, wzroku, oczekiwaniu. Jeśli słowa – to tylko te najprostsze: dobrze, że jesteś, dobrze mi tu być....

   Adorować to kochać będąc kochanym, uczyć się miłości w klimacie umiłowania przez Boga. Adoracja to zapatrzenie się w kochającego Chrystusa, to nieustanne zakochiwanie się w Chrystusie.

Obecność i miłość Boga mają mnie przeniknąć, ogarnąć i zafascynować. Po co? By łatwiej dostrzec ślady Jego obecności, miłości i fascynacji Boga człowiekiem, mną, tobą...; dostrzec je w wydarzeniach życia, dostrzec w drugim człowieku.

  Może dlatego tak trudno nam w codzienności odczytywać Jego wolę, bo za mało w naszym życiu adoracji. Po prostu nie dostrzegam Go, bo Go nie rozpoznaję; mijam, bo nie nauczyłam się wsłuchiwać i słyszeć Jego wołanie. To właśnie adoracja ma mnie nauczyć wypatrywania Boga, nasłuchiwania Jego delikatnej mowy. To ciche trwanie przed Bogiem, bez szukania podpórek w nadmiarze odczytywanych modlitw, bez zagłuszania go litanią własnych swoich skarg i zażaleń  - to wyprowadzanie nas przez Boga na pustynię; Bóg przynęca nas ku sobie, by mówić do ludzkiego serca. Księga Ozeasza mówi: (2,16) „Ja przeto sam przywabię ją i wyprowadzę na pustynię, by jej przemówić do serca.”

 

Adoracja to dar światła, by nauczyć nas rozpoznawać je w życiu i drugim człowieku; to dar miłującej obecności, by uwolnić nas od lęku i uzdolnić do poznawania prawdy o sobie i Bożej miłosiernej miłości; dar osobistego spotkania z Chrystusem, by zobaczyć drogę, którą mi w danej chwili pokazuje, na którą mnie zaprasza. Żeby te dary przyjąć potrzeba nam tylko jednego – pustych dłoni.

Adorować to przede wszystkim słuchać, pozwolić mówić Bogu; to pozwolić Mu, aby nas przytulił – mam w adoracji dotknąć się samego serca Boga i pozwolić, by stał się upragniony przez Chrystusa cud: oto moje serce zacznie odczuwać tak, jak Jego, moje oczy, ręce – On sam przemieni w swoje, by czyniły w świecie Jego dobro, świadczyły o jego miłości.

Adoracja to czas objawiania nam w sposób specjalny prawdy o sobie samym i o Bogu.

 Prawda o Bogu - Chrystus Zmartwychwstały obecny w adorowanej Hostii – misterium fascinans (zachwyt, fascynacja, wdzięczność) i misterium tremendum (lęk. szacunek, zadziwienie) zlane w jedno.

Co Bóg chce mi powiedzieć o sobie?

Że zawsze jest Emanuelem, Bogiem z nami. Jest ze mną, dla mnie, przy mnie. Tak jak w Eucharystii, z ogromną ufnością daje mi siebie, i tak jak w Eucharystii mogę ten dar przyjąć lub odrzucić, mogę nim wzgardzić. Jest dla mnie i w pewien sposób tylko dla mnie. Przychodzą na myśl słowa świętej Teresy od Jezusa: „Ja i Chrystus stanowimy większość”. Na adoracji jakoś mogę mniej zwracać uwagę na wspólnotę – bo to czas mojego „sam na sam”, „twarzą w twarz” z Bogiem.

Że jest tak cierpliwy i oczekujący. Cierpliwością, która pokornie prosi o zwrócenie się ku niej mojego serca. Jezus samotny, niejako z wyciągniętą jak żebrak ręką i proszący: przyjdź, weź Mnie do siebie, weź Mnie całego. A jednocześnie bezradny, milczący... ma do dyspozycji tylko głos serca – Swojego, twojego, mojego.... zanurza się w cały ten zgiełk, którym jestem przepełniona – by pomóc mi w nim nie zatonąć, nie zginąć.... A tak łatwo Go zagłuszyć. Chrystus tak bardzo pragnie cię ośmielić, byś się Go niepotrzebnie nie bał.

Że jest tak pokorny i jakby nieśmiały. Pokorny, bo tajemnicę wielkości ogarnęła maleńka hostia (rzeczywiście „ma granicę nieskończony”, granicę jakże wymierną, namacalną). Nieśmiały, bo ta hostia to zwykły powszedni chleb, tak powszedni, że niezauważony, wręcz dla wielu spowszedniały.... Bóg, który nie chce się człowiekowi narzucać. I znów przypominają się słowa: „mój Bóg jak drżący słowik w garści, a nie ogarną Go wszechświaty, oddechem gasi gwiazdozbiory, a drży w oddechu mym jak kwiaty.... mój Bóg przeszywa słowem wieki a chwila rani Go jak mieczem, mój Bóg straszliwy i daleki i bliski jak płaczące dziecię”. Majestat, który nie onieśmiela, potęga, która nie przygniata, nie przytłacza.

 

  Więc rodzi się pytanie: jak adorować?

Wejść w tę rzeczywistość całą swoją osobą, wszystkim co na dany moment ciebie, mnie stanowi. Zaangażować każdą sferę swojej osobowości – adorować gestem, uczuciem, myślą, ciszą....

  Adorować gestem, na przykład wyciągając ręce i tak trwając przyzywać Boga ich otwarciem i pustką. One same powiedzą: Panie, przyjdź, poprowadź, wypełnij sobą, podźwignij, umocnij, przytul, podnieś.... One będą znakiem gotowości, by wszystko oddać i jednocześnie wszystko przyjąć. Puste dłonie skierowane ku Bogu – jeden z ulubionych gestów świętej Tereski z Lisieux, praktykowany również przez świętego Ojca Pio, kiedy godzinami słuchał spowiedzi – wołał tym gestem do Ojca o miłosierdzie dla penitentów (to nie ja im pomagam, ja dla nich nie mam nic, to Ty, tylko Ty i w ten sposób samego siebie oddawał, poddawał kierownictwu Boga, Jego woli). Możesz klęknąć lub usiąść, zamknąć oczy lub całego siebie zamknąć, sprowadzić do wpatrywania się w Hostię – to wystarczy, bo jest to wyznanie: oto jestem, liczysz się tylko Ty, jestem tu dla Ciebie i ze względu na Ciebie; Bóg zakochany w nas do szaleństwa, spragniony naszej miłości, uwagi – nie pozostawi takiego gestu, odruchu serca bez odpowiedzi. A jest to odpowiedź nie byle jaka – On zawsze odpowiada dając całego SIEBIE.

 

  Adorować uczuciem – wyobrazić sobie na przykład, że jestem siedzącą u stóp Pana Marią gdy słucha z głową u kolan Jezusa Jego słów, mogę poczuć na głowie Jego błogosławiącą dłoń i trwać w zasłuchaniu. Mogę byś synem marnotrawnym w chwili, gdy Ojciec podnosi go z pyłu drogi i tuli do serca. Mogę być Piotrem, Zacheuszem, Janem Apostołem - mogę identyfikować się z każdą ewangeliczną postacią, która w danej chwili najbardziej mnie wyraża. Chodzi tylko o jedno: bym umiał sobie i Jemu powiedzieć, wyznać, dlaczego ten Ktoś, która z zapisanych na kartach ewangelii radości, trosk, obaw właśnie mnie przygniata, co tak naprawdę mnie przyprowadziło do stóp tabernakulum, do stóp monstrancji.

 

  Mogę wreszcie adorować Go myślą, ale najlepiej bardzo krótką. Adoracja nie jest czasem zagadywania Chrystusa, kokietowania go swoją elokwencją, wymownością. Jedno krótkie wezwanie wystarczy: jesteś....., jestem..., tęsknię za Tobą....., bądź ciszą mego serca....; może werset a Pisma Świętego – ten ulubiony, najbliższy, na dany moment najsilniej przemawiający. Wtedy „odpoczniemy w Panu”.

 

  Najtrudniej z pewnością jest adorować Chrystusa ukrytego w drugim człowieku – choć to tak trudne, drugi człowiek to także monstrancja Pana Boga. Czy on o tym wie czy nie, czy ja o tym pamiętam, czy zapominam, czy to z premedytacją pomijam – Bóg jest w każdym obecny, bo każdego kocha miłością jedyną i niepowtarzalną. Najtrudniej uczcić Go w monstrancji zniszczonej, połamanej życiem, zabrudzonej grzechem, pokrytej patyną rozgoryczenia lub takiej, która jest „nie w moi stylu” – nie podoba mi się „tak w ogóle...” I może jest zadaniem, które przede mną Bóg stawia, by tę ludzką monstrancję przywrócić do stanu świetności, może właśnie twoich, moich rąk, serca, oczu Bóg do tej pracy potrzebuje, by pośredniczyły Jego łasce. W takiej, tej konkretnej także mam Jego samego dostrzec, Nim samym się zachwycić, Jego uczcić.

Tak pojmowana adoracja może trwać w naszym życiu nieustannie. I może niejednokrotnie uchronić nas, uratować przed zadaniem ran. Jeżeli pomyślę, że nie tylko Malinowski, Nowak czy Kowalski jest dla mnie trudnym bliźnim, ale że w nim Chrystus przychodzi do mnie – może będzie łatwiej utrzymać język za zębami, nagiąć się, by pomóc wbrew sobie...

Dla mnie ...

Dla mnie sam Chrystus ...

Dla mnie sam Chrystus objawia się z twarzą Malinowskiego, Nowaka czy Kowalskiego...  – tak jak do kogoś innego Chrystus może przyjść z moją twarzą...

 

  Właściwie obowiązuje tylko jedna zasada: na adoracji mam być sobą, prawdziwym sobą – nie ma tu miejsca na granie ról, powielanie schematów, cenzurowanie formy i treści. Mogę powiedzieć wszystko i wszystko zostanie przyjęte – o ile wyraża prawdę o wnętrzu mojego serca. Tym co decyduje jest postawa wewnętrzna, moje nastawienie na Boga lub na siebie. Przy pierwszym adoracja zawsze będzie udana – nawet jeśli niczego nie odczujesz, nie usłyszysz. Powiesz jak święta Tereska: Chrystus, zmęczony nieustannym ratowaniem dusz, szukaniem zagubionych owieczek - chciał przytulić głowę do mego serca i odpocząć w nim, zasnąć... Dlaczego mam Mu tego odmawiać. To dobrze, że nic Mu nie przeszkodziło... nawet ja...– a przecież On i tak obdarzy łaską, tylko w sposób dyskretny, delikatny.

  Adoracja nieudana, która wręcz nie może być udana, to ta nastawiona na siebie –  bo to właściwie bałwochwalstwo, a temu Bóg – dla naszego dobra - wręcz musi się sprzeciwić.

  Za chwilę będziemy trwać na modlitwie adoracyjnej – niech wprowadzeniem do niej będzie Psalm 16 – pieśń Dawida sławiącego Boga jako jedyne źródło szczęścia człowieka.

  Strzeż mnie, o Boże, do Ciebie się bowiem uciekam!

2  Rzekłem do Jahwe: „Panie, Tyś moim szczęściem!

3  Nicością są wszystkie bóstwa w kraju.”

  Choć wszyscy ich zwolennicy [nazywają je] wspaniałymi,

4  mnożą swe bóstwa i ubiegają się o ich życzliwość—

  ja nie będę im składał ofiar z krwi

  ani nawet nie wypowiem wargami ich imienia.

5  Jahwe, Tyś częścią mego dziedzictwa i mej czary,

  Ty dzierżysz w swym ręku mój los.

6  Sznury miernicze przydzieliły mi żyzne łany;

  o tak, dziedzictwo moje jest mi niezmiernie miłe.

7  Błogosławię Jahwe, że był mi doradcą,

  sumienie moje napomina mnie nawet nocą.

8  Mam zawsze Jahwe przed swymi oczami;

  gdy On jest po mej prawicy, nie zachwieję się nigdy.

9  Przeto raduje się serce moje, weseli się duch mój,

  a także i ciało moje spoczywa bezpiecznie.

10  Nie wydasz mnie bowiem Szeolowi,

  nie dopuścisz, by wierny Twój czciciel doznał skażenia.

11  Ty mi wskazujesz drogę życia:

  pełnię radości przy Tobie,

  wieczyste rozkosze po Twojej prawicy.

 

MÓDLMY SIĘ PRZY ŻŁÓBKU

 

Koronką do Dzieciątka Jezus

(na cześć Dzieciątka Jezus, Matki Bożej i św. Józefa)

3 x: Ojcze nasz....

A Słowo Ciałem się stało i zamieszkało między nami

1.  Zwiastowanie

(po każdej tajemnicy: Zdrowaś Mario..., A Słowo Ciałem się stało...)

2.  Nawiedzenie

3.  Oczekiwanie narodzenia

4.  Narodzenie Dzieciątka Jezus

5.  Nadanie Najświętszego Imienia Jezus

6.  Pokłon Trzech Króli

7.  Ofiarowanie w świątyni

8.  Ucieczka do Egiptu

9.  Życie w Egipcie

10. Powrót do Nazaretu

11. Ukryte życie w Nazarecie

12. Dwunastoletni Jezus w świątyni

 

O Boskie Dziecię – błogosław nam,

uświęcaj nas, jednocz nas z sobą,

i w Twym Bożym Dziecięctwie daj żyć i umierać.

Amen.

 

Litanią do Dzieciątka Jezus

 

Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison.

Dzieciątko Jezus, usłysz nas.

Dzieciątko Jezus, wysłuchaj nas.

Ojcze z nieba, Boże - zmiłuj się nad nami.

Synu, Odkupicielu świata, Boże - zmiłuj się nad nami.

Duchu Święty, Boże …

Święta Trójco, jedyny Boże …

Boskie Dzieciątko, prawdziwy Synu Boga …

Boskie Dzieciątko, Synu Maryi Panny …

Boskie Dzieciątko, Słowo, które stało się ciałem …

Boskie Dzieciątko, mądrości Ojca Przedwiecznego …

Boskie Dzieciątko, przedmiocie upodobania Ojca …

Boskie Dzieciątko, oczekiwanie sprawiedliwych …

Boskie Dzieciątko, upragnione od wszystkich …

Boskie Dzieciątko, Królu Aniołów …

Boskie Dzieciątko, Zbawicielu nasz …

Boskie Dzieciątko, któreś sobie obrało za mieszkanie ubożuchną stajenkę, żłobek za kolebkę, prostych pastuszków za swych wielbicieli …

Boskie Dzieciątko, które królowie uznali światłością i zbawieniem wszystkich narodów…

Boskie Dzieciątko, skarbniku łask Boskich …

Boskie Dzieciątko, źródło świętej miłości …

Bądź nam miłościw, przepuść nam, Boskie Dzieciątko.

Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Boskie Dzieciątko.

Bądź nam miłościw, wybaw nas, Boskie Dzieciątko.

Od niewoli grzechowej, wybaw nas, Boskie Dzieciątko.

Od złości światowej …

Od pożądliwości ciała …

Od pychy żywota …

Przez pokorne narodzenie Twoje …

Przez chwalebne objawienie się Twoje …

Przez ofiarowanie się Twoje …

Przez niewinność twoją …

Przez prostotę Twoją …

Przez posłuszeństwo Twoje …

Przez łagodność Twoją …

Przez pokorę Twoją …

Przez miłość Twoją …

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata - przepuść nam, Dzieciątko Jezus.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata - wysłuchaj nas Dzieciątko Jezus.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata - zmiłuj się nad nami Dzieciątko Jezus.

- Będę się radował w Panu.

- Będę się weselił w Bogu, Jezusie moim.

 

Módlmy się:

Panie Jezu, który z miłości ku nam przybrałeś postać Dzieciątka ubożuchnego i upokorzonego w żłóbku, uwielbiamy cię i wraz z Mędrcami ofiarujemy Ci złoto gorącej miłości oraz kadzidło żywej modlitwy; uświęć nasze serca, jak niegdyś uświęciłeś serca ubogich pasterzy, abyśmy Ci zawsze wiernie służyli i nigdy nie przestawali wielbić. Amen.

 

Joomla templates by a4joomla