Diecezjalny Instytut Akcji Katolickiej przygotował "List do Ciebie" o świętych dzieciach. Zachęcamy do powielania tekstu i rozpropagowywania treści wśród parafian. Wersję w  formacie pdf gotową do wydruku można pobrać klikając tutaj .

Kiedy Chrystus mówił: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie... kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko... nie wejdzie do niego...” (Mk 10, 14-16), myślał nie w kategoriach chwili, by pobłogosławić, pogłaskać, przytulić... Słuchającym Go dorosłym, pewnym swoich racji, postawił na wzór dziecięcą ufność, wrażliwość, ciekawość (świata, więc także świata duchowego). W tamtej chwili stało się coś, co z trudem tylko mieści się w naszych kategoriach postrzegania hierarchii ważności: oto dróg prowadzących do zjednoczenia z Jezusem mają nas uczyć mali, prości, pokorni, radośni... Dzieci. Dzieci Boże…

W sposób naturalny najbliższa jest nam postać św. Stanisława Kostki. Bo było tak:
W Rostkowie na Mazowszu, w grudniu 1550 roku, w rodzinie kasztelana zakroczymskiego Jana Kostki przyszedł na świat drugi syn. Nadano mu imię Krakowskiego Biskupa Męczennika. Rodzice chcieli, by „stał się sławny”
– ale nie przypuszczali, w jaki sposób…
W atmosferze głębokiego zamyślenia nad treściami wiary katolickiej (w Polsce w najlepsze zadomawiają się nurty protestanckie…) ojciec trzymał dom twardą ręką. Stanisław wzrastał jednak na chłopca wrażliwego, cichego. Łaska już wówczas odcisnęła na jego duszy swe piętno.
W wieku 14 lat razem z bratem został wysłany do Wiednia, do kolegium Jezuitów. Czas wiedeński to coraz uleglejsze poddanie się łasce, umiłowanie modlitwy (również kontemplacyjnej), stany mistycznego uniesienia. Podczas choroby święta Barbara przynosi mu Komunię Świętą a Matka Boża objawia wolę Bożą: ma zostać Jezuitą. Niebo potwierdziło pragnienie serca. Nie było zatem odwrotu, nawet jeżeli ojciec nie wyraża zgody a Jezuici przez ponad dwa lata odmawiają, obawiając się przyjąć go do wiedeńskiego nowicjatu.
Jednak Bóg wołał, więc … Więc pokonał ponad 650 kilometrów – pieszo, uciekając przed ścigającą go rodziną – z Wiednia przez Augsburg do Dylingi, a następnie do Rzymu. W Dylindze poddano go upokarzającej próbie – szlachcicowi kazano sprzątać pokoje, myć w kuchni garnki …
Z Wiednia uszedł 10 sierpnia 1567 roku; w Świętym Mieście stanął 28 października… On, którego nazywali mazgajem i świętoszkiem udowodnił, że trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi.
Spełniło się jego najgorętsze marzenie – został nowicjuszem Towarzystwa Jezusowego i w 1568 złożył śluby zakonne. Osiągnął ziemski cel. Gdy 13 sierpnia 1568 nagle zachorował – był szczęśliwy, bo wiedział (i tak mówił do współbraci), że idzie oglądać w niebie uroczystości Wniebowzięcia. Zmarł 15 sierpnia po północy, widząc Maryję
w orszaku świętych, do których dołączyła Jego dusza…
Stanisław był pierwszym błogosławionym Towarzystwa Jezusowego, ale tytułu pozwolono używać dopiero
w 1606 roku. Na kanonizację czekano do 31 grudnia 1726 roku.
Mówił: „Do wyższych rzeczy jestem stworzony i dla nich winienem żyć” – wierności tym słowom dochował
do końca życia.

Św. Dominik Savio urodził się 02 kwietnia 1842 roku, w ubogiej wiosce pod Turynem. Słabowite dziecko rodzice oddali Bogu, nadając imię: Dominicus – należący do Pana.
Jako dziecko Dominik ukochał Mszę Świętą, do której służył jako gorliwy ministrant, pokonując wielokilometrowy odcinek dzielący dom rodzinny od kościoła bez względu na pogodę czy zmęczenie. Już wtedy pomagał młodszym od siebie w modlitwie.
W dzień pierwszej Komunii Świętej podjął postanowienia, którym pozostał wierny do końca życia: spowiedź i Komunia Święta, święcenie niedzieli i innych świąt i to, co najpiękniejsze: przyjaźń z Jezusem i Maryją. Wreszcie słowa, które odzwierciedlają głębię i delikatność jego duszy : „Raczej umrę niż zgrzeszę”…  - co odpowie na to dzisiejszy świat, w którym żyjemy jakby Boga nie było i nie chcemy nazywać grzechu jego prawdziwym imieniem?
Gdy Dominik miał 12 lat został oddany pod opiekę księdza Bosko, którego był nie tylko uczniem, ale również
pomocnikiem. Wystarczała jego obecność. Nigdy nie sprzeczał się z kolegami; umiał ujmującym uśmiechem zachęcić do dobrego. Posłuszny, pogodny i radosny, zawsze starał się pomagać kolegom. Do jednego z nich powiedział: „…u nas świętość polega na tym, żeby być bardzo wesołym. Staramy się tylko unikać grzechu, jako największego wroga, który odbiera nam łaskę Bożą i spokój sumienia, oraz dobrze wypełniać swoje obowiązki”. Nie chciał oglądać brzydkich obrazków, bo pragnął - jak sam mówił - zachować czystość oczu na oglądanie nieba…
W zamian za pragnienie świętości Bóg złożył w Dominiku nadzwyczajne dary. Otrzymał dar kontemplacji, ekstazy i inne dary nadprzyrodzone. Szczególnie gorąco kochał Matkę Bożą. Całym sercem marzył o kapłaństwie. Niestety… Jesienią 1856 roku rozpoznano zaawansowaną gruźlicę. Nie było ratunku. Umierał świadomie, prosząc Tatę,
by czytał mu modlitwy o dobrą śmierć. Pożegnał się słowami: „Do widzenia, ojcze! O, jakie piękne rzeczy widzę!”.
Pius XI nazwał go „gigantem ducha”. W 1950 roku ogłoszono go błogosławionym, a cztery lata później – świętym. W Watykanie zastanawiano się, czy tak młoda osoba może zostać kanonizowana. Pius XII nie miał wątpliwości. Wiek miał być „atutem” Dominika - już w młodości można osiągnąć świętość, zgodnie ze słowami Pisma Świętego: „w krótkim czasie przeżył czasów wiele.”

Św. Maria Goretti była męczennicą czystości – dlatego tak trudno uszanować ją światu hołdującemu wszystkiemu, co tej cnocie się sprzeciwia. A jednak właśnie dlatego trzeba mówić o niej i o jej polskiej siostrze – Karolinie Kózkównie.
Maria urodziła się pod Anconą, 16 października 1890 w rodzinie biednej, ale głęboko wierzącej. Praca i modlitwa była chlebem powszednim.
W wieku 10 lat, po śmierci ojca, Maria pragnie tylko jednego: przystąpić do Komunii św.: „Pragnę Jezusa, nie chcę być dłużej bez Jezusa” – mówi. Ale mama nie ma pieniędzy na sukienkę, welon, buciki… Jednak daje się wzruszyć i przedstawia Marię biskupowi. Zaskakuje go jej wiedza i przejrzystość duszy. W uroczystość Bożego Ciała 1902 roku Maria przystępuje do pierwszej Komunii św. i wyznaje Jezusowi, że dla Jego miłości pragnie pozostać dziewicą.
Maria modli się, modli, modli – bez przerwy. „Modlę się, żeby pocieszyć Jezusa i Maryję z powodu tak wielu grzechów” – odpowiada zapytana, a łzy płyną jej po policzkach.
Goretti dzielą mieszkanie z rodziną Serenelli. Zło czai się dosłownie za progiem - 19-letni Alessandro Serenelli  to prostak, pozbawiony zasad moralnych.
Jest pierwszy piątek miesiąca, 5 lipca 1902. Alessandro czyha na Marię. Czyni jej propozycje... „To grzech, Bóg na to nie pozwala” – odpowiada dziewczyna. Grzech? Alessandro nie wie nawet, co to jest. „Jeśli powiesz coś swej matce, zabiję cię” – grozi. Maria boi się, wzywa pomocy. Chłopak knebluje jej usta, jednak ona zdołała się uwolnić. Zmęczony - wyciąga nóż i rani Marię. Myśląc, że nie żyje, zamyka się w swoim pokoju, jednak słysząc, że dziewczyna dalej jęczy, wraca do kuchni i zadaje jej kilka ciosów nożem… Nie pomaga interwencja lekarza, przewiezienie do szpitala, operacja. Maria umiera. Przed śmiercią – przebacza oprawcy. Jest pierwsza sobota i Uroczystość Najświętszej Krwi Chrystusa.

Karolina Kózka (1898 – 1914) przeżyła 16 lat (cztery więcej niż Maria), tak samo pracowicie, ubogo, kochając Boga i bliźnich.
W domu było jedenaścioro dzieci. Karolina przyzwyczajona do ciężkiej pracy w gospodarstwie najmowała się
we dworze i u sąsiadów, by wesprzeć rodzinę. Pomimo zmęczenia często wstawała przed świtem, żeby zdążyć
na poranną Mszę, do kościoła oddalonego o 7 kilometrów.
Zawsze pełna szacunku wobec rodziców i starszych. Sama uboga - wrażliwa na biedę innych. Odwiedzała chorych, dzieliła się tym, co miała. Działała aktywnie w parafii. Należała do Apostolstwa Modlitwy, Bractwa Wstrzemięźliwości, była zelatorką Żywego Różańca. Aż do listopada 1914 roku…
Zaczynała się I wojna światowa. Wojska rosyjskie 17 listopada wkraczają do wioski Karoliny – Wał-Ruda. Następnego dnia Karolina prosi matkę, aby mogła pójść do kościoła. Matka uważa, że będzie bezpieczniejsza w domu
i postanawia pójść z młodszą córką. Po ich wyjściu przychodzi uzbrojony żołnierz, zachowuje się agresywnie.
Zabiera Karolinę; razem z nimi wychodzi również ojciec. Nie idą do wsi, skręcają w stronę pobliskiego lasu;
na skraju żołnierz odpędza ojca. Żołdak i dziewczyna znikają w lesie…
Ciało dziewczyny, kilkakrotnie ranione najprawdopodobniej szablą, udało się odnaleźć dopiero 4 grudnia.
Oględziny pozwoliły stwierdzić, że pozostała dziewicą. Zginęła w obronie czystości…
„Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą… „
Czasem niebo uchyla rąbka tajemnicy już przed oczyma śmiertelnych.


Europa pogrążona była nadal w ogniu wojny gdy w Fatimie działy się rzeczy niezwykłe.


13 maja 1917 r. trójce pastuszków ukazała się piękna Pani. Ich życie nie mogło pozostać takie samo. Maryja wzywała do nawrócenia, do modlitwy, szczególnie za grzeszników, do pokuty. Przekazała trzy tajemnice; ujrzały wizję piekła... Hiacynta i Franciszek wiedzieli też, że niedługo pójdą do nieba, jednak chłopiec musi wcześniej wiele razy odmówić różaniec
Dzieci bardzo przejęły się tym, co usłyszały. Pochodziły z wiejskich rodzin. Miały swoje wady. Jednak w sposób niezwykły odpowiadały na wezwanie Pięknej Pani. Łucja wspominała: Hiacynta wydawała się przejęta jedyną myślą, by nawrócić grzeszników i uwolnić dusze z piekła; [Franciszek] myślał jedynie o pocieszeniu Naszego Pana i Matki Boskiej, Którzy mu się wydawali tak bardzo smutni”. A do umartwień nie brakowało sposobności. Na wieść o objawieniach nie dawano im spokoju. Nagabywały je tłumy ciekawskich lub prześmiewców. Władze groziły, próbowały zmusić do wyjawienia tajemnic, zakazywały chodzenia na miejsca objawień. Sami też nie zaniedbywali okazji, aby ponosić ofiary dla Jezusa i w intencji grzeszników. Rezygnowali z tańców i zabaw. Jedzenie oddawali biedniejszym; rezygnowali z picia wody, co przy panujących upałach było wielkim poświęceniem… Przede wszystkim wszyscy wiele, wiele się modlili.
W kwietniu 1919 stan zdrowia Franciszka znacznie się pogorszył. Przygotowano chłopca do przyjęcia pierwszej Komunii - okazała się być wiatykiem. Umierając, prosił Łucję i Hiacyntę o modlitwę różańcową.  Do zobaczenia
w Niebie! – powiedział, żegnając się z dziewczętami.
Podczas objawień Matka Boska zapytała Hiacyntę, czy chciałaby pozostać na ziemi trochę dłużej, aby cierpieć
za nawrócenie grzeszników. Dziewczynka zgodziła się. Wkrótce po śmierci brata wystąpiło zapalenie opłucnej
z powikłaniami. Wiele czasu spędziła w szpitalach. W lutym 1920 przeszła poważną operację. Wyczuwając rychłą śmierć, poprosiła o spowiedź. Nazajutrz rano miała przyjąć Komunię. Nie doczekała tego, umierając w samotności, późnym wieczorem.
Uroczystości beatyfikacyjne obojga odbyły się 13 maja 2000 roku w Fatimie. Stali się najmłodszymi błogosławionymi – nie męczennikami. Orędownikami grzeszników.

Nie tylko wśród ubogich Niebo szuka pomocników. Wyobraźmy sobie: Kochający się rodzice i dwie córeczki. Pewnego dnia młodsza upadła, skaleczyła nogę. Rana goiła się ciężko. Potem nóżka opuchła... okazało się, że to osteosarcoma – rak kości. Mimo amputacji nogi postępów choroby nie udało się zatrzymać. Niebawem utrzymanie postawy siedzącej umożliwiał aparat ortopedyczny, o chodzeniu nie było mowy. Po kilku miesiącach cierpień siedmioletnia dziewczynka umiera.

Służebnica Boża Antonietta Meo, bo o niej mowa, urodziła się 15 grudnia 1930 w zamożnej rzymskiej rodzinie. Rodzice codziennie odmawiali różaniec i uczestniczyli we Mszy św. Dziewczynka szybko się uczyła i była nad wiek dojrzała. Choroba była ciosem, bardziej dla rodziców, niż samej Antonietty.
Rodzice postanowili przygotować córkę do pierwszej Komunii św. W tym czasie zaczęła dyktować matce swoje pierwsze liściki, “poezje”. Początkowo było to dla niej zabawą, do której nie przywiązywano większej wagi. Antonietta adresowała je do taty, siostry, a zwłaszcza do Maryi i Jezusa. Listy wkładała pod figurkę Dzieciątka Jezus, żeby “Ono przyszło i to przeczytało”. Pierwszymi słowami, które mama nauczyła ją pisać były: “Jezus” i “Maryja”, i od tego czasu sama pisała swoje liściki, aż postępująca choroba jej to uniemożliwiła.
We wzruszających w swej prostocie słowach wyrażała szczerą i gorącą miłość do Jezusa i Jego Matki, i nadzwyczajnie głęboką wiarę. Miała nadprzyrodzone poczucie własnej kruchości i tego, czym jest Boża łaska: W maju 1936 przyjęła sakrament bierzmowania, a jej stan bardzo się pogorszył. Mimo to wiernie odmawiała codzienne modlitwy i prosiła, żeby ksiądz każdego dnia przynosił jej Komunię św.
2 czerwca podyktowała ostatni list. Trzy tygodnie później nowotwór opanował całe ciało, guz piersi spowodował przesunięcie serca. Mimo bólu emanowała spokojem, uśmiechała się serdecznie do opiekujących się nią pielęgniarek. Rankiem, 3 lipca 1937 r., ojciec podszedł do jej łóżka, by poprawić poduszki… I wtedy usłyszał, wypowiedziane szeptem, ostatnie słowa: “Jezus, Maryja… mama, tata…”.
105 listów sześcioletniej dziewczynki stało się przedmiotem badań teologów. Na naszych oczach spełniają się słowa św. Piusa X: “Ja wam mówię, że w gronie świętych nie zabraknie także świętych dzieci”.

Heroizm w chorobie… Czy nie jest to swoisty znak czasu – dla nas, ludzi chorych duchowo i głęboko poranionych.

Faustino Pérez-Manglano, czternastolatek z hiszpańskiej Walencji.
17 października 1960 zapisał w pamiętniku: „Odmówiłem różaniec. Odpowiadałem z biologii, poszło dobrze. Rozmawiałem dziesięć minut z Chrystusem, również o remisowym meczu Saragossa - Walencja, jak i o misjach...”
Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym spośród rówieśników. Uczył się dobrze, choć nie był prymusem; dużo czytał, lubił kino. Jeździł w góry, bawił się na plaży, uprawiał sport. Latem wyjeżdżał do dziadków na wieś. Wodził prym wśród kuzynów i kuzynek. Chociaż sam obwiniał się o złośliwości i niecierpliwość w stosunku
do sióstr, przez kolegów i krewnych wspominany był jako wesoły i życzliwy dla wszystkich.
Ojciec był lekarzem, rodzina żyła więc dostatnio. Faustino pamiętał jednak o ubogich.
Jako trzynastolatek przyrzekł sobie codziennie odmawiać różaniec. Regularnie spowiadał się i przyjmował Komunię św. Maryja i Jezus byli stale obecni w jego życiu. Dużo się modlił. Życie duchowe rozwijał również poprzez rekolekcje. Jedne z nich, odprawione jesienią 1960, pomogły mu w odnalezieniu powołania. Zanotował wówczas: …może zostanę księdzem? Ale czy Bóg mnie wybrał? Powie mi to.
Powołanie stale w nim dojrzewało. Pragnął zostać kapłanem-zakonnikiem, wstąpić do zakonu i wyjechać na misje. Bóg zaplanował inaczej… Pod koniec 1960 roku chłopiec zapada na ziarnicę złośliwą. Swoje cierpienia ofiarowuje cierpiącemu Chrystusowi.
On także nie bał się śmierci – żal mu było tylko rodziców, kiedy myślał o smutku, jaki im sprawi jego odejście. Zmarł 3 marca 1963 mając zaledwie 16 lat. Trwa proces beatyfikacyjny.
Aby być świętym nie trzeba przelewać krwi za wiarę, pisać wielkich rozpraw teologicznych, ani nawracać całych narodów. Czasami wystarczy być zwykłym chłopcem…

A Aleksja González-Barros y González? Urodziła się 7 marca 1971 r. w Madrycie, jako siódme dziecko w głęboko katolickiej rodzinie, żyjącej duchowością Opus Dei. Była zwykłą nastolatką, choć bardzo poważnie zaangażowaną w życie religijne
Kiedy jeszcze nie miała 14 lat, 4 lutego 1985 r., wykryto u niej złośliwy nowotwór, który w krótkim czasie spowodował paraliż. Trwająca dziesięć miesięcy choroba stała się prawdziwą Drogę Krzyżową. Od pierwszej chwili całkowicie zaakceptowaną, której cierpienie i niesprawność fizyczną ofiarowała za Kościół, Papieża i bliźnich. Zdawała sobie sprawę, że w jej ręce trafił skarb, który rozdzielała z hojnością, aż do całkowitego poświęcenia się: „Jezu, chcę się czuć dobrze, chcę wyzdrowieć, ale jeśli Ty nie chcesz, chcę to, czego Ty chcesz”.
Hart ducha, spokój i radość towarzyszyły Aleksji stanowiąc uzupełnienie jej wiary, nadziei i miłości. Szczęśliwa
oddała duszę Bogu 5 grudnia 1985, wypełniając swoje motto: „Jezu, żebym zawsze robiła to, czego Ty pragniesz”.
I jej proces beatyfikacyjny zakończył się na etapie diecezjalnym i trwa jego etap rzymski. Dekret o heroiczności cnót został ogłoszony – czekamy na cud…

A Chiara Badano (1971 – 1990)… Elegancka, energiczna, delikatna, smukła, wysportowana. Lubiła śnieg
i morze. Normalna, młoda chrześcijanka. Nagle choroba, potem agonia, śmierć i proces beatyfikacyjny. Pozostały po niej listy, notatki i film nakręcony amatorską kamerą. Gdy bliżej poznała ją Chiara Lubich, założycielka Focolari, nazwała ją „Chiara Luce” to znaczy „Jasne Światło”... I to światło zgasło, zdmuchnięte powiewem złośliwego nowotworu kostnego.
Była dzieckiem wymodlonym, oczekiwanym. Jedynaczką. Nie ominęły jej jednak poważne problemy szkolne, nieporozumienia z rodzicami.
Mając 12 lat, 27 listopada 1983 napisała: „Odkryłam, że Jezus opuszczony jest kluczem do jedności z Bogiem
i chcę Go wybrać jako mojego jedynego Umiłowanego i przygotować się na Jego przyjście. Wybierać Go!”.
Heroicznie, z pogodą ducha przyjęła werdykt medycyny – bezradnej wobec jej choroby. Potem przeżywa wszystko ze słowami: „Dla ciebie, Jezu”.
Wreszcie paraliż nóg. Ostatnia tomografia nie daje żadnej nadziei. Nadchodzi chwila wielkiej próby. Chiara nie chce morfiny. Tłumaczy: „Odbiera świadomość, a ja mogę ofiarować Jezusowi jedynie cierpienie. Chcę dzielić z Nim jeszcze przez trochę Jego Krzyż”. Pyta lekarzy o swój stan. Chce być wszystkiego świadoma. Jest owocem dojrzałym na drzewie łaski. Pisze: „Ważne jest wypełniać wolę Bożą, to znaczy zaangażować się w grę, którą On prowadzi... Czeka na mnie inny świat i nie pozostało mi nic innego, jak mu się oddać. Czuję się teraz wciągnięta we wspaniały plan, który powoli, powoli się przede mną odkrywa. Tak bardzo lubiłam jeździć na rowerze, a Bóg zabrał mi nogi ale dał mi skrzydła...”.

Święci nie umierają.
Są tuż, na wyciągnięcie ręki.
Czy mamy odwagę prosić,
aby zostali naszymi Mistrzami
danymi nam
przez JEDYNEGO MISTRZA?

„List do Ciebie” został przygotowany
przez Diecezjalny Instytut
Akcji Katolickiej
Diecezji Warszawsko-Praskiej.
Tekst: Joanna Solak
www.akdwp.pl

 

Joomla templates by a4joomla